Dariusz Wołowski: Niewiele ponad dwa tygodnie temu wygrał pan konkurs lotów w Oberstdorfie i zaskoczył radością tak spontaniczną, jakby to nie było 32., ale pierwsze zwycięstwo w karierze. Jak przez tyle lat podtrzymać u siebie głód sukcesu?

Kamil Stoch: Moja reakcja była jak najbardziej spontaniczna i naturalna. Ten sezon nie był dla mnie łatwy, przeżyłem kilka momentów, w których musiałem wyrzucić z siebie złość i rozczarowanie. Skakałem nieźle, byłem dobrze przygotowany, stawałem na podium, ale wciąż nie udało się wygrać. Starałem się być cierpliwy, pracować jeszcze ciężej, zachować zimną krew, o co nie jest łatwo. Aż w końcu w Oberstdorfie wszystko zagrało. To był taki moment, kiedy potrzebowałem sukcesu.

Wygrał pan wszystko, długo by wymieniać wszystkie sukcesy...

– Zostawmy to na czas, gdy skończę karierę. Na razie wciąż walczę. Mówiliśmy o głodzie sukcesu, o wiele łatwiej go podtrzymać, gdy po prostu lubi się swoją robotę. A dla mnie skakanie na nartach to wciąż frajda, więc każde kolejne zawody to okazja do przeżycia czegoś pozytywnego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej