– Nikt nie rodzi się kobietą, lecz się nią staje – stwierdziła sześć dekad temu Simone de Beauvoir. Kobiecość, dowodziła, jest zestawem wzorów przekonań i zachowań wpajanym dziewczynkom podczas dorastania. Międzynarodowe Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych (IAAF) ma prostszą definicję: kobietą – to jest zawodniczką mogącą rywalizować z innymi zawodniczkami – jest osoba, u której poziom testosteronu jest niższy niż 5 nanomoli na litr.

Południowoafrykańska biegaczka Caster Semenya chce tę definicję podważyć. Ciągnący się od dekady spór między nią a IAAF od dawna toczy się poza bieżnią. Argumenty o konieczności fair play w sporcie ścierają się z zarzutami o seksizm, transfobię, homofobię, rasizm, klasizm i kolonializm.

"Jest kobietą, choć może nie w 100 procentach"

Pierwszy tytuł mistrzyni świata na 800 m Semenya zdobyła w 2009 roku w Berlinie jako 18-latka. Jej czas – 1:55,45 – był lepszy o ponad dwie sekundy od drugiej na mecie zawodniczki. Jej wygląd, konkretnie sylwetka zdecydowanie bardziej umięśniona od konkurentek, wzbudził gorące dyskusje. Na tyle duże, że federacja lekkoatletyczna zmusiła Semenyę do zrobienia testów płci. Okazało się, że biegaczka cierpi na hiperandrogenizm, dolegliwość objawiającą się nadmiernym wydzielaniem testosteronu u kobiet. Ówczesny sekretarz generalny IAAF Pierre Weiss stwierdził, że Semenya „jest kobietą, choć może nie w 100 procentach”. Pozwolono jej jednak startować, ale pod warunkiem, że sztucznie obniży poziom testosteronu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej