„To chyba jedyny piłkarz na świecie, który zdobywał więcej bramek, niż miał szans” – powiedział kiedyś o Wilimowskim Fritz Walter. Słowa kapitana mistrzowskiego mannschaftu brałem dotąd za nadzwyczaj efektowny komplement o charakterze hiperbolicznym. Od kilku tygodni już wiem, jak się to robi. Jak się strzela gole z pół, z ćwierci okazji, a najchętniej z niczego, w tych momentach meczu, których nawet nie sposób określić mianem „sytuacji”.

Europa oszalała na punkcie Krzysztofa Piątka, który zbzikował na punkcie zdobywania bramek; najwięksi nawet sceptycy nie mogą dłużej trzymać języka za zębami: ten facet robi właśnie najbardziej niezwykłą karierę w dziejach nowożytnego futbolu. Znam takich, co to się publicznie zarzekali, że jeśli Piątek strzeli pięć goli w Milanie, pójdą na kolanach na stadion Cracovii – kiedy ostrzegałem, że piątkę wyrobi w miesiąc (sam byłem niedowiarkiem, nie minęły trzy tygodnie, a już trafił sześć razy), przysięgali, że w takim razie pozwolą swoją pielgrzymkę sfilmować. Teraz wszyscy piszą o Piątku, każdy tydzień ma siedem Piątków, każdego ranka możemy się budzić i podśpiewywać rześko „Thank God It’s Friday”, już zawsze będziemy mieli weekend przed sobą, Piątek, Piąteczek, Piątunio, jak ty to robisz, że wszyscy cię kochają? Nic nie robi, po prostu strzela. Jak przystało na snajpera, czyni to celnie i z ukrycia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej