Piątek „nie musiał” strzelić tego gola. Gdyby był napastnikiem tylko solidnym, nie miałby wręcz prawa go strzelić. Był odwrócony plecami do bramki, nie widział jej, czuł na sobie oddech ściśle kryjącego obrońcy, uderzał z woleja. Lewą nogą, swoją słabszą. A jednak trafił.

Nadał piłce idealną trajektorię, pięknym lobem minęła ręce bramkarza Etrita Berishę. Techniczna maestria. Od skojarzeń nie sposób uciec, Włosi znów będą go porównywać do legend z przeszłości. Strzelił już Piątek gola jak Andrij Szewczenko, teraz strzelił jak Marco van Basten. Obaj są laureatami Złotej Piłki...

To już staje się tradycją: polski napastnik znów wyciągnął z głębokich tarapatów drużynę słabiutką, kompletnie wyzutą z idei w ataku. I przegrywającą w tamtym momencie 0:1. Znów też wystarczyło Piątkowi absolutne minimum, by osiągnąć maksimum. Koledzy nie wsparli go w pierwszej połowie żadną sensowną akcją, nie miał żadnej porządnej okazji strzeleckiej. Tuż przed przerwą wykorzystał więc ćwierćokazję.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej