To może być najważniejszy werdykt w historii sportu. Zawodniczka z RPA w ostatniej dekadzie zdominowała bieg na 800 m, dwukrotnie zdobywała złoto olimpijskie, trzykrotnie cieszyła się z mistrzostwa świata. Ostatni bieg przegrała prawie cztery lata temu. Rywalki deklasuje, gdy wbiega na metę, reszta stawki ledwie majaczy w tle.

Władze światowej lekkiej atletyki notorycznie sprawdzają, czy czarnoskóra biegaczka wygrywa uczciwie. W 2009 r. IAAF wysłała ją na badania płci, które pokazały – co wynika z przecieków, bo oficjalnie wyników nigdy nie ujawniono – że cierpi na hiperandrogenizm. Jej organizm produkuje nienaturalne ilości testosteronu, czyli jednego z męskich hormonów płciowych. Wpływa on na wzrost masy mięśniowej, więc jest używany przez kulturystów – w sporcie olimpijskim to środek dopingujący. U kobiet jego poziom nie przekracza zazwyczaj 3 nanomoli na litr, mężczyźni mają od 10 do 30 nanomoli na litr.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej