Nie zwlekał latem po transferze z małej Cracovii do średniej Genoi, nie zwlekał po styczniowej podróży ze średniej Genoi do wielkiego Milanu. Wypalił natychmiast, po dwóch tygodniach rozbłysnął na najjaśniejszą gwiazdę drużyny. Refleks i zdecydowanie to jego znaki firmowe – im głośniej wołają na niego „Robocop”, tym bardziej podkreśla, że czuje się „pistolero”, czyli rewolwerowcem.

W debiucie pokopał trochę ponad kwadrans, ale został uznany za najlepszego gracza Milanu – bo w bezbramkowym meczu jako jedyny stworzył zagrożenie pod bramką Napoli. Trzy dni później był już bohaterem wieczoru bezdyskusyjnym – temu samemu rywalowi wbił dwa gole, wyeliminował go z Pucharu Włoch (2:0). Następnie zdobył bramkę dającą cenny wyjazdowy remis (1:1) z Romą – tym razem wyżej oceniono tylko bramkarza Gianluigiego Donnarummę. Aż wreszcie uczestniczył w efektownym 3:0 nad Cagliari – trafił raz, znów obwołano go najlepszym na boisku. Cztery występy, cztery gole, cztery popisy na miarę lidera. W tym ostatnim meczu zdarzyło mu się dogodną okazję snajperską zmarnować, ale nawet wtedy usłyszał ciepłe słowa. Próbował bowiem zagrać subtelnie, delikatnym lobem przerzucić piłkę nad bramkarzem. Pomysł znamionujący zawodnika w pełni wyluzowanego, czerpiącego z meczu przyjemność.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej