– Nie miałem pojęcia, że ta interwencja zostanie zapamiętana. Więcej: nie miałem pojęcia, że obroniłem ten strzał. Kiedy Pelé uderzył głową, krzyknął „gol”. Choć dotknąłem piłki, myślałem, że wpadła do bramki – wspominał Banks. Ten epizod jest dla bramkarzy tym, czym dla zawodników ofensywnych legendarny gol Diego Maradony z ćwierćfinału mundialu w 1986 r. (ten strzelony po kilkudziesięciometrowym rajdzie, rzecz jasna).

Spotkanie broniących tytułu Anglików z uchodzącymi za faworytów turnieju Brazylijczykami był szlagierem fazy grupowej meksykańskich mistrzostw świata w 1970 r. Drużyna z Ameryki Południowej prowadziła po golu Jairzinho. Ten sam piłkarz w końcówce dośrodkował z prawego skrzydła w pole karne. – Wyskoczyłem w górę, uderzyłem piłkę i zacząłem wiwatować. On pojawił się znikąd. Stał przy prawym słupku, gdy strzelałem, a chwilę później frunął już przy drugim końcu bramki. Pojawił się jak ryba wyskakująca z wodospadu – wspominał Pelé. Do dziś za każdym razem, gdy publicznie ogląda tę interwencję, nie może się nadziwić, że angielski bramkarz jednak sięgnął piłki.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej