„Dziwnie jest się obudzić, wiedząc, że nie musisz iść na trening ani mecz. A mówiłem i ostrzegałem, że ten czas nadejdzie :)” – napisał na Twitterze. Gdy kibic zapytał, czy nie boli, jak wywalają z roboty, napisał: „No, trochę!”.

Telefon od agenta

W dniu zamknięcia okna transferowego nie ma sentymentów. W lidze jest tylko kilku świętych, którzy w umowach mają klauzulę nietykalności, czyli mogą decydować o swoim losie, m.in. odmówić transferu, np. LeBron James. Reszta siedzi tego dnia na walizkach. A przynajmniej z naładowaną komórką przy uchu. Zwykle w trakcie trade deadline ligi NBA aż tak wiele się nie dzieje, ale tegoroczne ostatnie godziny okna transferowego były szalone. Kluby gorączkowo wymieniały się graczami, telefony, drukarki były rozgrzane do czerwoności.

O tym, że czas pakować manatki i przeprowadzić się do Sacramento Kings, skrzydłowy Dallas Mavericks Harrison Barnes dowiedział się w trakcie meczu. Biznes.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej