Koronne argumenty dotyczą igrzysk w Soczi i Pjongczangu.

W sześć dni lutego 2014 r. Stoch został gwiazdą pierwszej wielkości. W konkursie olimpijskim na normalnej skoczni w Russkich Gorkach zdeklasował rywali. Złoto wziął także na dużej. Dwa dni później miał poprowadzić drużynę do olimpijskiego podium. Po raz pierwszy w historii polskich skoków była na to realna szansa. Loty Kamila były dalekie, brakowało w nich jednak wcześniejszego błysku. Był oczywiście najlepszy w drużynie, ale starczyło to do czwartej pozycji. Polacy stracili do trzecich w konkursie Japończyków 13,1 pkt i choć większość obwiniała Piotra Żyłę za nieudany pierwszy skok, wielu wskazywało, że opromieniony złotem w zawodach indywidualnych lider był już przemęczony rywalizacją w Soczi.

To, co nie udało się w Rosji, Polacy osiągnęli cztery lata później. W Pjongczangu wyprzedzili czwartą tego dnia Austrię o blisko 100 pkt. Do wicemistrzów z Niemiec zabrakło ledwie 3,3 pkt. Trener Stefan Horngacher przyznał nawet, że gdy zobaczył Andreasa Wellingera, który uzyskał 134,5 m, uwierzył, iż srebro jest w zasięgu jego skoczków. Chwilę później Stoch przy korzystniejszym wietrze skopiował odległość Niemca, a potem wściekły cisnął rękawicami o ziemię. Było dobrze, ale mogło być jeszcze lepiej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej