Jeszcze nasi pięknie latają, a już naród chórem Koftę zawodzi: „Nieee, nie możesz teraz odejść, jestem rozpalonym lodem, zrobię wszystko, tylko bądź…”.

Tej miłości nie sposób zaradzić, bo to nostalgia silniejsza niż złoto i fanfary; Stefan Horngacher wychował się w Tyrolu, jemu się za Alpami cni, jego magdalenką jest kaspressknödel, a nie oscypek. I tak wstrzymywał się po dżentelmeńsku, czekając na rozstanie niemieckiej federacji z obecnym trenerem kadry. Ponad dekadę trwała owocna kadencja Wernera Schustera. Teraz spełniony, acz znużony Austriak przekaże pałeczkę swojemu rodakowi.

Niby tli się wciąż nadzieja, że Stefan jest najpiękniejszy, kiedy się waha, bo Horngacher jest dyplomatą – nie ma zresztą wyjścia, gdyby teraz ogłosił, że odchodzi, miliony narodowych nienawistników zatrułyby mu życie, a co za tym idzie - zrujnowały atmosferę w kadrze zmierzającej po medale mistrzostw świata. Choćbyśmy się mu rzucali pod koła, obiecywali miliony, a nawet porwali go i całodobowo trzymali pod lufą w ośrodku szkoleniowym, nic z tego nie będzie. Trzeba zacisnąć zęby, powstrzymać rozpacz i czuć wdzięczność, bo ten stolarz tyrolski dał nam więcej niż ktokolwiek przed nim: dał drużynę. Przeciętni, choć zdolni do pojedynczych wzlotów skoczkowie stali się regularni, po raz drugi zmierzamy po Puchar Narodów, jedziemy na mistrzostwa świata jako team faworytów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej