Ostatni, wtorkowy obrazek: piłkarze Monaco od 14. minuty półfinału Pucharu Ligi grają w dziesiątkę, ale na przerwę schodzą, prowadząc z Guingamp 2:0. Tym samym zachowują szanse na trofeum w tym sezonie. Po przerwie rywale doprowadzają do remisu, a potem do dogrywki. W rzutach karnych myli się trzech zawodników Monaco, w finale zagra Guingamp. Czyli kończy się jak zwykle. Jak zwykle, czyli porażką zespołu z księstwa. I nie ma w tym wiele przesady, Monaco jest dziś na przedostatnim miejscu w lidze, do bezpiecznej 17. pozycji traci trzy punkty.

„Jedenastki” we wtorek nie wykorzystał także Kamil Glik. Polak gra w Monaco od dwóch i pół roku, zawsze jest w epicentrum tego, co się w klubie dzieje. W dobrych i złych chwilach. W 2016 r. przeprowadzał się do trzeciego zespołu ligi francuskiej, co po kilku latach w Torino było awansem sportowym, ale bez przesady. Faworytem pozostawało potężne, zasilane przez katarskie pieniądze Paris Saint-Germain. Monakijczyków trudno nawet było uznać za faworytów fazy grupowej Ligi Mistrzów. A później był niesamowity sezon, zakończony zdetronizowaniem PSG i udziałem w półfinale LM. Europa zachwyciła się młodą, energiczną drużyną, która nacierała na każdego rywala, jakby jutra miało nie być. Glik był w tej drużynie ważny. Raz, że pracował w destrukcji, do której większość jego kolegów nie miała serca. Dwa, że wspomagał partnerów w ofensywie – strzelił osiem goli w sezonie, został najskuteczniejszym stoperem w Europie. Po sezonie dostał podwyżkę i przedłużył umowę z klubem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej