Wystarczy spojrzeć, kto rządzi na liście najbardziej kasowych filmów na świecie w ubiegłym roku. Na szczycie tabeli pręży się cała banda pokręconych typów o nadnaturalnych mocach i wyposażonych w magiczne oprzyrządowanie, zagoniona na jeden plan zdjęciowy pod hasłem „Avengers: wojna bez granic” (zarobiła 2 mld dol., piłka to jednak wciąż malutki biznesik); pod nimi grasuje „Czarna Pantera” wciskająca nam kit, jakoby w Afryce istniało ultranowoczesne państwo; ciut niżej plasują się „Iniemamocni”, „Aquaman” oraz „Venom”; w ścisłej czołówce między komiksową menażerię zdołał się wcisnąć tylko „Jurassic World: Fallen Kingdom”. Ale nawet ten ostatni tytuł przypomina, że jako widzowie kompletnie odkleiliśmy się od rzeczywistości, nie chcemy patrzeć na żadne obrazy styczne z realnym światem – pierwszą dziesiątkę zamykają „Deadpool” oraz czarodziej planujący przejąć władzę nad ludzkością w „Fantastycznych zwierzętach”. W dziejach naszej cywilizacji było kiedykolwiek infantylniej?

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej