- Czemu Czapkins? Od czapek, Tomek ciągle je nosił. W Irlandii od kolegi dostał ksywkę Czapajew, potem ona ewoluowała - mówił Dominik Szczepański, autor książki o siedmiu wyprawach Mackiewicza na ośmiotysięcznik Nanga Parbat. W tym o tej ostatniej z 2018 r., podczas której stanął na szczycie, ale nie zdołał z niego zejść.

Tomek Mackiewicz ćpał kompot, uratował go Monar

Szczepański wspominał dzieciństwo Mackiewicza: - Tata Tomka pracował w cementowni, mama w restauracji, w domu bywali rzadko. W Działoszynie jego i siostrę Agnieszkę wychowywała babcia. Gdy był w piątej klasie, rodzice przeprowadzili się z nim do Częstochowy. Na blokowisku nie umiał się odnaleźć, zaczął ćpać kompot w maku. Trafił do Monaru. Nie znosił przymusu, uratowała go dobrowolność tego ośrodka, to, że mógł wyjść.

Po wyjściu z ośrodka nie chciał wrócić do Częstochowy. Zaczął się spotykać z Joasią, siostrą kolegi. W pierwszą wielką podróż pojechał autostopem do Indii, tam pracował w ośrodku dla trędowatych. Do Polski wracał długo - przez Bangladesz. Ożenił się z Joasią. Mieli bliźniaki, ale jeden urodził się martwy. - To wtedy Tomek zamknął się w sobie, może stąd wzięły się kolejne wyprawy. Wszedł na Chan Tengri w Kirgistanie, wziął ze sobą prochy syna i zostawił na szczycie. To była przerwa w cierpieniu, ale nie uciekł od wszystkich problemów - mówił Szczepański, który podczas pisania książki miał dostęp do pamiętników Mackiewicza. - Zastanawiał się w nich, czy to, co robi, ma sens. Że potrzebują go żona i syn Maks, czy nie powinien do nich wrócić. Wrócił, ale jego małżeństwo przeżywało kryzys.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej