Odniósł tak niebotyczny sukces, ponieważ już jako młokos był inteligentny i przebiegły. Wiedział, że babci trzeba słuchać. – Nie, skup się na boksie – usłyszał, gdy zastanawiał się, czy nie powinien znaleźć sobie innej pracy, bo ojciec sprzedaje narkotyki, matka jest od nich uzależniona, jej siostra zmarła na AIDS, a w domu nie ma prądu.

Posłuchał rady i został jednym z najlepszych pięściarzy w historii. Ale może ciekawsze jest to, jak został jednym z niewielu sportowców, którzy zarobili miliard dolarów. Ponad rok temu „Forbes” szacował, że przed Amerykaninem dokonało tego tylko pięciu innych, m.in. Michael Jordan i Tiger Woods. Przy czym dochody z reklam u Mayweathera stanowiły zdecydowanie najniższy, minimalny odsetek.

Floyd osiągnął to, niejako łamiąc system. Walczył defensywnie, unikał wymian, nie nokautował. Miał kosmiczny refleks i niezwykłą obronę, ale te cechy nie przyciągają szerszej publiczności, która boks ogląda tylko przy okazji wielkich pojedynków. – Ekscytacja jego walkami kończy się wraz z pierwszym gongiem. Wolę, jak jest odwrotnie – oceniał komentator HBO Larry Merchant.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej