Żaden polski skoczek nie wylądował w niedzielę w czołowej dziesiątce. Ostatnie równie złe dla gospodarzy zawody PŚ na Wielkiej Krokwi miały miejsce dekadę temu: Adam Małysz był 12., Kamil Stoch – 14., Łukasz Rutkowski – 24., a Piotr Żyła – 29.

W tym sezonie skoczkowie Stefana Horngachera tak słabo nie wypadli w żadnym z 14 wcześniejszych konkursów PŚ. Stoch formę ma niestabilną, ale był na podium aż pięć razy i w klasyfikacji generalnej jest drugi. Do Zakopanego przyjechał z optymizmem, by zmazać wspomnienie o wpadce sprzed roku, gdy przepadł w pierwszej serii. Wtedy wiatr bardzo mocno zawiał mu w plecy i strącił go na zeskok. Mimo wszystko Stoch zaliczył potem życiowe sukcesy.

Tym razem nie chciał mówić o wietrze. Fatalną powtórkę (36. pozycję) wziął na siebie. Tłumaczył, że powtarza ten sam błąd, źle kierując odbicie z progu. Stara się to korygować w locie, ale jest za późno. – Czuję się dziwnie. Trener tłumaczy mi, co mam robić, ale to skutkuje tylko w serii próbnej. Podczas zawodów w emocjach i przy podwyższonej adrenalinie nie potrafię jego poleceń wykonać jak trzeba – opowiadał trzykrotny mistrz olimpijski.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej