Ponieważ obsesyjnie myślę ostatnio o piekle na ziemi, jakie ludzie zgotowali ludziom wskutek swojej zachłanności, na wieść o wypadzie Leo Messiego z Barcelony do Wenecji najpierw zareagowałem refleksją o pozostawionym przez niego w poniedziałek śladzie węglowym – oto panu sławnemu piłkarzowi zachciało się spędzić chwilę u pewnego dietetyka (wystartował rano, wrócił o 15), więc zasmolił niebo prywatnym odrzutowcem. Nie wiem, ile wyposażone w osiem łóżek, dwie łazienki i kuchnię cholerstwo pali, ale po zatankowaniu do pełna waży 40 ton, a musiało przelecieć blisko dwa tysiące kilometrów. Fiołkami ta eskapada raczej nie pachniała.

Natychmiast jednak zawstydziłem się własną małostkowością – wszak Argentyńczyk załatwiał sprawy najwyższej wagi globalnej, działał mianowicie w celu maksymalnego przedłużenia życia swojego wysokoprężnego organizmu. Odwiedził niejakiego Giuliano Posera, który uchodzi za genialnego specjalistę od przyrządzania perfekcyjnej, dopasowanej indywidualnie mieszanki paliwowej dla sportowców i choć skupia się przede wszystkim na odżywianiu (turbodoładowanie mają dawać: woda, oliwa z oliwek, pełnoziarniste zboża, suszone owoce i nieskażone pestycydami warzywa), to kompetencje oraz horyzonty posiada na tyle szerokie, że zasługuje na tytuł kinezjologa. Uprawia naukę interdyscyplinarną, zgłębiając mianowicie tajemnice mechaniki ruchu człowieka i kombinując, jak zachęcić organizm do długotrwałej, nadintensywnej aktywności fizycznej. Inżynier biotechnologii rakietowej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej