Ponieważ obsesyjnie myślę ostatnio o piekle na ziemi, jakie ludzie zgotowali ludziom wskutek swojej zachłanności, na wieść o wypadzie Leo Messiego z Barcelony do Wenecji najpierw zareagowałem refleksją o pozostawionym przez niego w poniedziałek śladzie węglowym – oto panu sławnemu piłkarzowi zachciało się spędzić chwilę u pewnego dietetyka (wystartował rano, wrócił o 15), więc zasmolił niebo prywatnym odrzutowcem. Nie wiem, ile wyposażone w osiem łóżek, dwie łazienki i kuchnię cholerstwo pali, ale po zatankowaniu do pełna waży 40 ton, a musiało przelecieć blisko dwa tysiące kilometrów.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej