Gdy przy nazwisku trzykrotnego mistrza olimpijskiego zapaliła się liczba 35, tysiące fanów pod Wielką Krokwią zamilkły ze zdumienia. Drugi rok z rzędu Kamil Stoch przepadł po pierwszej serii indywidualnego konkursu w Zakopanem. Na skoczni, na której wygrywał aż cztery razy.

A przecież przed rokiem był w wielkiej formie, a teraz, choć skacze w kratkę, jest wiceliderem klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. W dodatku w serii próbnej miał drugi wynik, lepszy był tylko Kubacki. Kibice liczyli na wielki sukces Polaków. Nadzieje prysły już po pierwszej serii.

Co się stało z Kamilem Stochem?

Co się stało? Stoch spóźnił skok. Nie pierwszy raz w tym sezonie, po kwalifikacjach mówił, że problemu nie ma, gdy odbija się pół metra za progiem. Ale gdy to są dwa metry, trudno potem nabrać wysokości i odlecieć. W kwalifikacjach był 21. W konkursie 36.

- Jest mi bardzo przykro, uwielbiam przecież skakać w Zakopanem. Tymczasem drugi rok z rzędu taki zawód. Czuję się dziwnie, bo przyjechałem tu z optymizmem. Pojawiają się u mnie nadal takie błędy, z którymi nie umiem poradzić sobie od razu. Chciałem zrobić to samo co w serii próbnej. Ale się nie udało. Dostałem wskazówki od trenera, co robić, ale w ferworze walki i przy takiej adrenalinie nie umiałem ich wprowadzić w życie. Teraz to tylko moja wina. Nie mogę powiedzieć, że źle mi powiał wiatr. Popełniam błędy, źle kieruję odbicie i potem próbuję skorygować to w locie. Ale wtedy jest już za późno. Dostałem lekcję, która zaowocuje w przyszłości. Niekoniecznie sportowo, raczej mentalnie. W zeszłym roku po tej wpadce w Zakopanem potem było tylko lepiej - mówił Stoch.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej