Dariusz Wołowski: W minioną niedzielę w Predazzo po zwycięstwie Dawida Kubackiego i trzecim miejscu Kamila Stocha nie umiał pan powstrzymać łez wzruszenia.

Adam Małysz: Za miękki jestem na to wszystko. Za wiele emocji dla mnie.

Jak to możliwe, że sportowiec, który przez lata dawał sobie radę ze stresem: na igrzyskach, mistrzostwach świata, w Turnieju Czterech Skoczni, nagle okazuje się za miękki?

– Kiedy sam byłem skoczkiem, stres był mniejszy. Więcej zależało ode mnie. Po jakimś czasie miałem już poczucie własnej wartości i wiedziałem, że jakkolwiek by było w zawodach, kibice i tak będą przy mnie. Od pewnego momentu kariery ja już nic nie musiałem, a tylko mogłem.

Teraz, gdy bezradnie patrzę na starty chłopaków z kadry, przeżywam to wszystko inaczej, głębiej. Wiem, że mam im pomóc, i robię, co mogę, ale koniec końców na skocznię z nimi nie wejdę. Tam zostają sami. Ja patrzę i trzymam kciuki. Już nic nie zrobię. Ta niemoc jest stresująca. To i nerwy czasem puszczą.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej