Były menedżer chce pozostać anonimowy. Wciąż jest w nim żal, że gdy próbował zaprowadzić porządek na jednym z najważniejszych stadionach w Polsce, został sam.

Nam opowiedział, jak było w ekstraklasowym futbolu sprzed reportażu TVN o patologii w Wiśle Kraków. Zaczął od chwili, gdy się dowiedział, że został zwolniony.

– Usiadłem przy spakowanych walizkach, do których musiałem wcisnąć całą swoją bezsilność – mówił. – Rok wcześniej zatrudniono mnie jako dyrektora klubu ekstraklasy, bym podjął walkę ze stadionowymi bandytami. Zrobiłem, co mogłem, by dać szansę sobie i jednemu z najbardziej szacownych polskich klubów. Wstydu nie czułem. Mafia stadionowa sięgnęła jednak po ostateczny argument. Zastraszyła właściciela, a on nie wytrzymał pogróżek. Ale też nie chciał spojrzeć mi w oczy. Wymówienie przysłał mi przez swoich ludzi.

Triumf kolesi z kijami bejsbolowymi

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej