Nie tak ten dzień miał wyglądać. Kiedy we wrześniu Jakub Błaszczykowski rozmawiał z trenerem – i byłym kolegą z boiska – Maciejem Stolarczykiem, mieli nadzieję, że wiosną będą razem pracować w drużynie rywalizującej co najmniej o europejskie puchary. No, w najgorszym razie z ligowym średniakiem. Tak czy inaczej, na powrocie Błaszczykowskiego wszyscy mieli zyskać. Wisła wzmacniała się wybitnym piłkarzem, wciąż zaliczającym się do czołowych polskich skrzydłowych. Ani wczoraj, ani dziś, ani pewnie jutro nie byłoby jej stać na piłkarza tej klasy. Błaszczykowski po dwóch trudnych latach, w czasie których rzadko wychodził na boisko, bo albo siedział na ławce, albo leczył kontuzje, miał znów grać regularnie.

W środę Błaszczykowski przybył jednak do klubu-widma. Wisła nie ma dziś licencji na grę w ekstraklasie i nie wiadomo, kto jest jej właścicielem. Ostatnim było powiązane z kibolami Towarzystwo Sportowe Wisła, które w grudniu próbowało sprzedać klub typom spod nie wiadomo jakiej gwiazdy Vannie Ly i Matsowi Hartlingowi. Większość piłkarzy złożyło wezwanie do wypłaty kilkumiesięcznych pensji, więc lada dzień będzie mogła odejść za darmo. Klub ma 24 mln zł długu (plus zawarte przez spółkę cesje na 16,5 mln zł). Ile jeszcze trupów w szafie zostawiła była prezeska Marzena Sarapata, może nie wiedzieć nawet ona sama.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej