To nie jest najlepszy czas dla organizacji, którą dwie dekady temu powołały władze sportowe i krajowe, by walczyła z dopingiem. Więcej: WADA stała się odpowiednikiem ONZ w świecie sportu. Nie wiadomo, za co tak naprawdę odpowiada i po co istnieje.

Jej wizerunek załamał się po igrzyskach w Soczi w 2014 r., gdy się okazało, że pod nosem kontrolerów Rosjanie podmieniali próbki nakoksowanych sportowców na czyste. Po śledztwach dziennikarskich WADA powołała Komisję Richarda McLarena, a ta narysowała obraz kraju, w którym sportowców szprycowano przemysłowo. Po raportach Kanadyjczyka WADA rekomendowała wykluczenie Rosji z igrzysk w Rio. MKOl na taki krok się nie zdecydował, pozostawił decyzję związkom, znacząco podkopując i tak nikły autorytet WADA. A potem było jeszcze gorzej, we wrześniu szefowie organizacji – przy sprzeciwie związków i sportowców – przywrócili akredytację rosyjskiej agencji antydopingowej (RUSADA). To pierwszy krok, by tamtejsza reprezentacja znów mogła rywalizować na pełnych prawach. Krok, wiele na to wskazuje, przedwczesny. Rosjanie po odzyskaniu akredytacji zobowiązali się do końca roku udostępnić WADA archiwum z lat 2011-15, czyli czasów, gdy rosyjski sportowiec czysty mógł być tylko przypadkiem. Nie udostępnili i nie wiadomo, czy udostępnią.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej