Kiedy w 2015 r. spadł z pierwszej ligi, PZPN odmówił mu licencji, a komornicy zablokowali konta, nikt nie przypuszczał, że trzy lata później pobije rekord Polski w liczbie sprzedanych karnetów (16311), a frekwencja będzie lepsza niż na meczach Legii. Jesienią na trybunach nowego stadionu w Łodzi średnio bywało 16 tys. 842 kibiców, w Warszawie – 15 tys. 949. Trzecia była Lechia Gdańsk, lider ekstraklasy (15 037). A przecież drużyna gra tylko w drugiej lidze.

Pewnie nie byłoby to możliwe, gdyby nie czyściec, przez jaki przeszedł Widzew. Po sukcesach z lat 90. przyszedł poważny kryzys i spadek z ekstraklasy. Klub uratował Zbigniew Boniek, który potem sprzedał udziały Sylwestrowi Cackowi. Milioner z Piaseczna obiecywał Ligę Mistrzów, jego współpracownicy porównywali się do Realu Madryt. Skończyło się dramatem. Od Widzewa odwrócili się kibice, właściciel poobrażał łódzkich biznesmenów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej