Dariusz Wołowski: Szóste miejsce w klasyfikacji generalnej. Jest pan rozczarowany?

Kamil Stoch: Z jednej strony tak, z drugiej - choć skakanie na tym turnieju szło mi ciężko, do ostatniej serii walczyłem o podium. Wydawało mi się, że przyjeżdżam do Oberstdorfu w wysokiej formie. Na skoczni popełniłem jednak błędy, potem chciałem je naprawiać, co nigdy nie jest łatwe. Skakałem bez zwykłego automatyzmu. Ale OK, przyjmuję ten wynik. Nie zawsze rzeczywistość jest taka, jak byśmy sobie życzyli.

O coś ma pan żal do siebie?

- Nie. Niczego nie zaniedbałem, walczyłem, starałem się, do ostatniej serii w Bischofshofen byłem w walce o podium, co w tak ciężkim turnieju daje mi trochę optymizmu. Nie chciałbym zresztą siebie zbyt mocno krytykować, bo nie ma za co. Po prostu nie wszystko układało się po mojej myśli. Popełniałem błędy, pozycja dojazdowa nie była luźna. Im bardziej chciałem sobie z tym poradzić, tym było mi ciężej. Ale patrzę w przyszłość, bo tego, co się stało na 67. TCS, już nie zmienię.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej