Upadek jednego z najbardziej zasłużonych klubów piłkarskich w Polsce przyjmujemy w nastrojach niemal apokaliptycznych, ale to krach, jakich w tym sporcie wiele. Przecież ledwie parę chwil temu w czwartoligową otchłań staczały się Widzew Łódź czy Polonia Warszawa (występowała w lidze od zawsze, w inauguracyjnym sezonie wzięła wicemistrzostwo!), które jeszcze u schyłku lat 90. zdobywały mistrzostwo kraju. Daleko stąd wskutek bankructwa zdychały też firmy utytułowane na poziomie europejskim – Glasgow Rangers oraz Napoli, czyli drużyna uszlachetniona sukcesami osiąganymi dzięki magicznym kopnięciom Diego Maradony. Zdarza się. Zdarza się wszędzie, gdzie łapy na piłce położą krętacze tym bardziej niegodni zaufania, im bardziej wycierają sobie gęby miłością do barw.

Przypadek wiślacki wyróżnia się jedynie jako cudaczna tragikomedia, fabuła upstrzona gagami wręcz slapstickowymi. Vanna Ly przemykający pod parasolem po ulicach Krakowa i gremialne zgadywanie, gdzie ów tajemniczy przedsiębiorca z zerem na koncie aktualnie przebywa, idealnie podsumowuje powagę polskiego futbolu. Skoro już musiał gdzieś objawić się inwestor z Kambodży – w biznesie futbolowym dotąd nieobecnej – to przykleił się akurat do nas, a mógł się przykleić, bo nikt nie pofatygował się, by zweryfikować choćby elementarne fakty, co wystarczyłoby do zdemaskowania go jako mitomana.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej