Ekstremalna odmiana królewskiej gry wygląda trochę jak widowiskowa odpowiedź na stare dowcipy o refleksie szachisty, który ignoranci odruchowo kojarzą ze ślimaczą powolnością. Tutaj na początku partii każdy ma na zegarze trzy minuty, potem dokłada się do nich po dwie sekundy za każdy ruch. Trzeba rozpędzić myśl jak w Wielkim Zderzaczu Hadronów.

Dlatego nawet największym arcymistrzom zdarzają się szokujące wpadki. Jan Krzysztof Duda, nasz 20-letni arcymistrz z Krakowa, rzucił nawet w rozmówce z norweską telewizją publiczną – w niedzielę, podczas zawodów – że wynik w szachach błyskawicznych w 40 proc. zależy od szczęścia. A następnie efektownie własną opinię podważył, wygrywając aż osiem partii z rzędu. Dziewiątej już nie zdołał, ale w starciu z Siergiejem Karjakinem wybronił czarnymi remis po być może najbardziej ekscytującej rozgrywce dnia. Mielibyśmy uwierzyć, że Polakowi przez tyle czasu sprzyjała jakaś tajemnicza maszyna losująca?

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej