Dariusz Wołowski: Kto jest dla pana faworytem 67. Turnieju Czterech Skoczni?

Jan Szturc: Ryoyu Kobayashi, wszyscy powtarzają dziś nazwisko Japończyka. Małysz mówi o nim „luzak”, ja też jestem pod wrażeniem entuzjazmu, z jakim skacze ten młody chłopak. Wygrał w tym sezonie cztery konkursy, czasem osiągał dużą przewagę, przeskakiwał skocznie. Sześć razy był na podium, a siódme miejsce w sobotę w Engelbergu można potraktować jako wypadek przy pracy. Zaraz za Kobayashim są jednak nasi: Żyła i Kamil Stoch. Kamil ma już miejsce zarówno w historii skoków, jak i Turnieju Czterech Skoczni. Wygrał ostatnie dwie edycje, jest mistrzem, nikt mu tego nie odbierze. Piotrek swoją historię dopiero pisze, ale to, co stworzył do tej pory, też ma swoją wagę. Zwłaszcza w tym sezonie, gdy nie zszedł poniżej szóstej pozycji w Pucharze Świata. Jest regularny jak maszyna, nie popsuł właściwie ani jednego skoku. Z listy kandydatów do zwycięstwa w TCS nie skreślałbym także Niemców, Austriaków i Norwegów. Oni też będą mocni. Na przełomie roku czeka nas pasjonujące 10 dni.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej