Tekst opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 16 września 2000 roku:

Z jednej strony podniosła liturgia i olimpijskie zaklęcia. Kalos kagathos; piękni i dobrzy. Harmonia zalet duszy i ciała. Sport czysty i szlachetny, nieskażony polityką i pieniędzmi, lek i antidotum na cywilizację przemocy.

Z drugiej – korupcja i biurokracja. Gigantyzm i komercjalizacja posunięte poza wszelkie granice. Gangrena dopingu sprawiająca, że sport pożera własne dzieci. Ludzie rozumni nie mają złudzeń – w sporcie jest już stanowczo za późno, by zło nazwać złem, bo jest ono normą. Lepiej być martwym niż drugim.

Pośrodku zaś tłumy, miliony, które pragną igrzysk. Ludzie, którzy nie zgadzają się, że to wszystko jest wielkim kłamstwem. Którzy gromadzą siły, biorą urlopy, naprawiają instalacje TV i czekają na prawdziwe wzruszenia. Kibic nie chce słyszeć o draństwie. Kibic idzie na stadion albo gapi się w telewizor, aby zobaczyć siebie. Tego, którym się nie stał.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej