Do budującego wniosku przywiodła mnie szczodrość telewizji, które zapłaciły właśnie rekordową kwotę za prawa do transmitowania tzw. ekstraklasy. Ich gest wzrusza, ponieważ wspierają przemysł rozrywkowy znajdujący się w poważnych tarapatach, zrujnowany estetycznie i etycznie.

Gwiazdorzy, czyli najlepsi piłkarze, nie tyle zawstydzająco wcześnie poodpadali z europejskich pucharów, ile wzlecieli na wyżyny sztuki przegrywania – jesienią w rankingu UEFA polskie kluby stoczyły się kolejno pod ligi białoruską, szwedzką, norweską i kazachską, jakimś cudem broniąc się przed szturmem azerskiej. Czołową wytwórnię, wielokrotnie uhonorowaną złotymi medalami Wisłę Kraków osaczali w minionych latach kryminaliści, aż teraz jeszcze okazała się bankrutem najpewniej skazanym na likwidację. Podczas głównego megahitowego spektaklu reklamowanego jako mecz na szczycie trybuny nie wypełniły się nawet w połowie – choć odbywał się w metropolii (Gdańsk), choć gospodarze (Lechia) zajmują pozycję lidera i stoją przed szansą na bezprecedensowy w historii klubu sukces (mistrzostwo kraju), choć goście (Legia) straszyli jako wicelider i obrońcy tytułu. Teoretycznie nie sposób zaoferować więcej, ale widzowie się wypięli i jeszcze mieli rację, bo piłkarze zaserwowali nieprawdopodobnego gniota. Gdyby jakiś piekarz podał nam bochen tak niezjadliwy jak tamten wyrób futbolopodobny, to już nigdy byśmy nie wrócili, nasłalibyśmy sanepid, przywrócilibyśmy instytucję publicznej chłosty.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej