Wstaje bardzo wcześnie rano. Robi trening, który dokładnie rozpisał mu trener. Rygorystycznie przestrzega zaleceń dietetyczki. Jak ma być łosoś, to – broń Boże – zamienić go na tuńczyka! Jak w planie treningowym ma 123 minuty, to będzie 123. Wie wszystko o sprzęcie i jego składzie chemicznym. Mógłby napisać doktorat na temat wyników sportowych swoich, swoich kumpli i profesjonalistów. W dziesięć minut wyłoży zagadnienia z zakresu fizjologii, biomechaniki i całej biochemii związanej z jego działalnością sportową. Dobry amator sportowy. Znam ich dziesiątki i zazwyczaj jestem pod wrażeniem ich zaangażowania, samodyscypliny. I pewności swoich racji.

Obrali sobie trudną drogę. Oprócz reżimu zawodniczego muszą normalnie iść do pracy i zarabiać nie tylko na chleb, lecz także na gadżety. Wiadomo, że bez nowinek ani rusz. Dobry amator często patrzy z wyższością na średniego zawodnika. „No patrz, ja do roboty chodzę, dzieci wychowuję, a ten wyczynowiec jest tak niewiele lepszy ode mnie”. Ma setki dobrych rad dla tych, co walczą o czołowe pozycje: „No, jak ona zjeżdża?! Gdybym ja tam był, to bym zjechał dwa razy szybciej. Czemu oni, duraki, tego nie trenują?”. Mistrzów za to pyta o gotowe przepisy na sukces. Wielokrotnie już starałam się wytłumaczyć, że nie ma jednego złotego treningu, np. interwał 8 x 345 s, który trzeba robić, by stać się mistrzem olimpijskim. Jedynym sposobem jest wieloletnia, sumienna, konsekwentna, dokładna praca, której musisz poświęcić większość myśli i czasu. Czym najbardziej różni się dobry amator od wyczynowca zafiksowanego na mistrzostwo? Nadmiernym dbaniem o szczegóły. Ale nie o te szczegóły, co trzeba.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej