A skoro odpadli neapolitańczycy, to odpadli m.in. Piotr Zieliński oraz Arkadiusz Milik. Choć ten ostatni miał piękną przyszłość na wyciągnięcie nogi - niestety, w doliczonym czasie gry spartaczył w sytuacji sam na sam z bramkarzem.

Aspiracje od dawna zgłaszają tamtejsi piłkarze niebagatelne, adekwatne do ego właściciela – producenta filmowego Aurelio de Laurentiisa – ale nigdy nie dotknęli nawet ćwierćfinału. Ich pech polega na tym, że los szybko wrzuca ich na potwornie mocnych rywali. Albo w pierwszym meczu wiosny wpadają na Real Madryt (czyli późniejszego triumfatora), albo jeszcze jesienią lądują w tzw. grupie śmierci.

Teraz zmierzyli z Paris Saint-Germain, czyli praktycznie pozbawionym ograniczeń finansowym absolutnym rekordzistą transferowym, oraz Liverpoolem, czyli finalistą poprzedniej edycji Ligi Mistrzów – również bogatszym, choć nie aż tak. To na jego stadionie ostatecznie padli, przegrywając dzisiaj 0:1 po golu Mohammeda Salaha. Nie wytrzymali naporu lidera ligi angielskiej, choć przez całą jesień trzymali fason – do decydującego starcia przystępowali na pierwszym miejscu w tabeli.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej