Clippers są jedną z rewelacji sezonu ligi NBA, ale ich ostatnie mecze były nieudane. W czwartek wyraźnie przegrali z Memphis Grizzlies (86:96), w niedzielę w fatalnym stylu polegli u siebie z Miami Heat (98:121), a we wtorek dopiero po dogrywce pokonali najsłabszych w lidze Phoenix Suns (123:119).

Mecz z Grizzlies Gortat rozpoczął jeszcze w pierwszej piątce. Rzucił dwa punkty i miał trzy zbiórki w niespełna 15 minut. Nie błyszczał, za to dobrze spisał się trzeci center Boban Marianović (19 pkt, 8 zbiórek). Po porażce Polak stracił miejsce w drużynie. W dwóch kolejnych spotkaniach w podstawowej piątce wychodził Marianović (30 lat, 221 cm), a Gortat (34 lata, 211 cm) nie zagrał ani minuty.

Obaj koszykarze są klasycznymi środkowymi, czyli reprezentantami gatunku w NBA wymierającego. Punktują niemal wyłącznie spod kosza, nawet nie próbują rzucać za trzy. Ich zadania są ważne, ale nie kluczowe: mają stawiać zasłony, ułatwiając zdobywanie punktów kolegom, zbierać piłkę po niecelnych rzutach, szukać szansy na dobitkę. – Na takich jak my się nie stawia, nie ustawia pod nich taktyki. Naprawdę czuję bardzo mocno, że mój czas w NBA jest już na finiszu – mówił Gortat w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”. To było rok temu, gdy był jeszcze koszykarzem Washington Wizards. Nie czuł się tam doceniany, ale był niezastąpiony. W pięciu sezonach w Waszyngtonie nie zagrał jedynie w ośmiu z 410 meczów. W Clippers opuścił już sześć z 26, przy czym tylko raz na własną prośbę – gdy pod koniec listopada bolały go plecy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej