Współczułem Adzie Hegerberg – prowadzący ceremonię zapytał ją, czy potrzęsie pupą, akurat wtedy, gdy odbierała wspaniałą nagrodę, taką za całokształt twórczości. Doprawdy, skoro Martin Solveig już jest, jaki jest, to mógłby się przynajmniej popisać chamstwem w innym momencie. Norweska piłkarka zareagowała z klasą, a potem mówiła, że przyjęła przeprosiny i generalnie bagatelizowała incydent, ale niespecjalnie jej wierzę. Showman zapaskudził Hegerberg wieczór, nie ma dla niego przebaczenia. Zwłaszcza że Solveig próbował potem w internecie przeprosić „każdego, kto poczuł się urażony” – nie będę cytował, wypadł jeszcze żałośniej niż na estradzie.

Przykro mi również z powodu skutków wybryku – niezasłużonego utrwalenia stereotypu o futbolu jako siedlisku seksizmu. Nie twierdzę, że zjawisko nie istnieje. Sam dałbym sekstylion przykładów na nieznośną wąsatość tego środowiska, buzujący w szatniach testosteron niejednemu odebrał już rozum. Ale akurat poniedziałkowa ceremonia była postępem i uhonorowaniem kobiecej piłki nożnej, którą zniszczył człowiek z zewnątrz.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej