Najlepszą w tym sezonie, co ogłoszono we wtorek wieczorem na gali IAAF w Monako. Caterine Ibarguen została pierwszą południowoamerykańską zawodniczką wybraną na lekkoatletkę roku, tytuł którym nagradzano Jelenę Isinbajewą, Blankę Vlašić czy Allyson Felix. A przecież niewiele brakowało, by kariera Kolumbijki skończyła się, zanim na dobre się zaczęła.

Był 2008 r., kiedy Ibarguen miała dość sportu. Od dziecka słyszała, że ma talent. Potwierdzał to worek medali z juniorskich zawodów w kilku konkurencjach. W 2004 r. jako 20-latka skakała wzwyż na igrzyskach w Atenach, ale na kolejne się nie zakwalifikowała. Gdy chciała skończyć treningi i zostać pielęgniarką, kubański trener Ubaldo Duany załatwił jej stypendium na Universidad Metropolitana w Portoryko. Ibarguen wzięła go za szaleńca, bo obiecał zrobić z niej mistrzynię świata w trójskoku, którego nie trenowała od kilku lat. Kubańczyk dostrzegł jednak, że jest zbyt atletycznie zbudowana jak na skoczkinię wzwyż. Ibarguen mu zaufała. Dziś mówi, że dał jej drugą szansę i odmienił życie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej