Jedno życzenie Jerzego Brzęczka się spełniło. Tuż po losowaniu selekcjoner mówił, że nie chciałby grać w Izraelu w czerwcu albo wrześniu. Wspominając swój półtoraroczny epizod w Maccabi Hajfa, przestrzegał przed panującymi latem na Bliskim Wschodzie upałami, w czasie których temperatura przekracza 40 stopni. Ostatecznie Polacy zagrają w Izraelu dopiero w listopadzie, gdy pogoda jest przyjaźniejsza.

Zdecydowanie mniej przyjemnie wygląda natomiast start eliminacji. 21 marca reprezentacja zagra bowiem w Wiedniu. I nie chodzi nawet o to, że przed własną publicznością w austriackich piłkarzy wstępują moce nadludzkie. Nie wstępują, przez ostatnie dwa i pół roku tracili u siebie punkty z Walią (2:2), Irlandią (0:1) i Gruzją (1:1). Chodzi bardziej o to, w którym miejscu jest drużyna Brzęczka. Po gigantycznym rozczarowaniu na mundialu, sześciu meczach bez zwycięstwa, spadku do Dywizji B Ligi Narodów, remisie z Irlandią i porażce z Czechami reprezentacja musi się przełamać, na nowo uwierzyć w swoje siły. A łatwo można sobie wyobrazić lepsze od Wiednia miejsce na rozpędzanie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej