Pierwszy raz do Santa Cateriny przyjechałam na zawody finałowe Pucharu Świata w sezonie 2007/2008. Kończył się właśnie pierwszy sezon chwały. Ten, w którym regularnie stawałam na podium i mimo dwóch terapii antybiotykowych walczyłam o trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej. Ja, uparciuch z Polski, mogłam się okazać jedną z najlepszych trzech biegaczek świata sezonu! Musiałam „tylko” odrobić kilkadziesiąt punktów straty do Charlotte Kalli. Zostały trzy biegi: jeden klasykiem i dwa dowolnym. Teoretycznie powinnam to przegrać już w przedbiegu w psychologicznym pojedynku, bo to Kalla była, w stylu dowolnym, u siebie. Ale wtedy znacznie częściej udawały mi się biegi łyżwą. Tak, tak, były takie czasy.

Starsze koleżanki i koledzy straszyli mnie tą Santą. Ci, którzy kilka lat wcześniej startowali tu w Pucharze Świata, wspominali go jako drogę przez mękę. A to, że bardzo ciężko się biega, bo wysoko nad poziomem morza; a to, że są piekielne zjazdy; a to, że podbiegi wiją się stromo. Nie czułam. Frunęłam. Na dystansie 10 km ze startu wspólnego od startu było praktycznie 2 km podbiegu. Na pierwszym i na drugim kole meldowałam się na szczycie sama z przewagą ponad 20 s nad drugą zawodniczką. Prosta niwelowała moją przewagę, ale zarówno klasykiem, jak i łyżwą na podbiegach wypadałam imponująco. Przecież to był Puchar Świata, najlepsze z najlepszych, a ja im odbiegałam jak juniorkom. I w jednym, i w drugim biegu na ostatnich metrach doścignęła mnie największa wtedy gwiazda biegówek Virpi Kuitunen. Przegrać z Virpi tylko o pół stopy to był honor, nie porażka! Kalla, mimo że biegała dobrze, była jednak daleko od podium. Trzecie miejsce w Pucharze Świata stało się faktem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej