Do dziesiątej partii zakończonego w środę meczu o mistrzostwo globu usiadł z podbitym okiem – skutek zderzenia z norweskim dziennikarzem podczas gry w piłkę, którą relaksował się w dniu wolnym. Telewizja publiczna z jego kraju potraktowała uraz z należytą powagą, zamartwiając się, czy bohater narodowy nie będzie musiał zażyć środka przeciwbólowego. Bo jeśli tak, to może wpaść w tarapaty. Przecież Carlsen sam mówił, że w trakcie trzytygodniowego meczu niezależnie od okoliczności nie weźmie do ust nawet tabletki nasennej. – Nie pogrywam ze swoim mózgiem – wyjaśnił.

Pochylanie się nad małym siniakiem to tylko jeden z przejawów, wcale nie najefektowniejszy, szachowej gorączki, która uderza Norwegom do głowy, odkąd resztę ludzkości zamatował 28-letni obecnie arcymistrz. I odkąd publiczny nadawca (NRK) zaryzykował wylansowanie jego gier na oglądalnościowy hit. Skoro w prime timie puszcza się transmisję z partii, które ciągną się niekiedy siedem godzin (tyle trwała rekordowa w Londynie, była czwartą najdłuższą w dziejach walki o tytuł), to każdy pyłek znad szachownicy zyskuje rozmiar chmury burzowej. Ale w słowach Carlsena słyszymy też, z jak maniacką starannością czołowi gracze dbają o krystaliczną czystość umysłu.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej