– Pamiętam, że przed jakimś meczem Włodek miał duże problemy – wspomina Leszek Baczyński, honorowy prezes Zagłębia Sosnowiec. – Na nogach pojawiły mu się czyraki i musiał poleżeć kilka dni w szpitalu. W czwartek wstał z łóżka, zrobił parę przysiadów, a w sobotę już grał. O Włodku zawsze mówiło się, że jest zdrowy jak koń. Po jego nagłej śmierci wszyscy byliśmy w szoku – podkreśla.

28 listopada 1988 roku wyszedł po południu z domu w Milowicach, żeby zrobić zakupy. – Pojechał do spożywczego na milowickie Betony. Stał w kolejce. W pewnym momencie ugięły się pod nim nogi, stracił przytomność. Poleciał do tyłu. Kilka osób za nim też straciło równowagę. Upadł na posadzkę. W kolejce stała akurat żona grabarza. Podłożyła mu pod głowę swoją torebkę. Przynajmniej tak nam potem opowiadała na pogrzebie – wspomina Elżbieta Dyjas, siostra piłkarza.

Nie było ratunku

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej