Tytuł obronił po raz trzeci, panuje od 2013 r. Jedyny w tym sporcie globalny celebryta, który sprawił, że w Norwegii statyczną – pozornie statyczną – rozgrywkę transmituje i obudowuje efektownym show telewizja publiczna, dyskutuje się o niej nad kuflami w pubach, co dziesiąty (!) obywatel gra regularnie przez internet.

Teraz miał być Carlsen zagrożony jak nigdy. I z powodu rywala z USA, którego rodzice w wieku 12 lat zabrali ze szkoły na zawsze, by przeprowadzić się z Nowego Jorku do Europy i poza systemem wychować na arcymistrza. I z powodu własnej słabości. Norweg obwoływał Caruanę „absolutnie najgorszym możliwym przeciwnikiem”, przyznawał się do lęku przez klęską, a na pytanie o ulubionego szachistę w historii odpowiedział: „Chyba ja sprzed trzech-czterech lat”.

I rzeczywiście – wszystkie 12 normalnych partii w Londynie zakończyło się remisem. O wyniku przesądziły dogrywkowe tzw. szachy szybkie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej