Winna jest jakaś niezidentyfikowana siła. Tuż za progiem wygląda na to, że odbicie Macieja Kota było jak trzeba. Ale gdy narty łapią większy kąt natarcia, czyli kiedy powinien nabierać wysokości, jego ciało się przekrzywia. Traci kontrolę nad prawą nartą, która zaczyna kantować, zmniejszając powierzchnię nośną. I sfrustrowany skoczek spada tuż za bulą.

Tak było w kwalifikacjach do niedzielnego konkursu Pucharu Świata w Kuusamo, gdy zajął 60. miejsce. W tym sezonie zdobył tylko dwa punkty w PŚ, ale nie to jest najgorsze. Najgorsze są bezradność i brak pomysłu. – Działamy metodą prób i błędów, ale błędów wciąż jest więcej – powiedział Kot Skijumping.pl.

W jego talent nikt nie wątpi. Pierwszy dostrzegł go 11 lat temu Hannu Lepistö i powołał 16-latka do kadry. Adam Małysz opowiada, że sędziwy Fin widział w juniorze przyszłą gwiazdę. A żaden kolejny trener Kota nie podawał w wątpliwość jego determinacji, pracowitości, ambicji. W nadmiarze tej ostatniej widziano nawet największe zagrożenie. Wymagał od siebie tyle, że trudno było o zadowolenie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej