14 listopada skończyła karierę. Pan oczywiście wiedział wcześniej?

– Tak, od kilku dni. Po ostatnim turnieju, w Seulu, spotkaliśmy się parę razy i rozmawialiśmy o tym, co dalej. W tym czasie bardzo dokładnie diagnozowaliśmy kontuzję stopy, ale nie tylko. Był zbiór różnych urazów, które nawarstwiły się do tego stopnia, że Agnieszka nie mogła trenować. Pod znakiem zapytania stało to, czy będzie w stanie wrócić. Szybko uznaliśmy, że realne są dwie opcje – zakończenie kariery lub zamrożenie rankingu i wznowienie startów na początku sezonu na trawie, w okolicy Wimbledonu. Dla mnie obie były równoprawne, decyzja należała do Agnieszki. Podświadomie czułem, że to koniec, choć łudziłem się, że może jednak nie. Wszyscy czujemy żal, że wspaniała kariera Agnieszki już się skończyła, ale myślę, że to właściwa decyzja. Szanuję ją i wspieram.

Nie skończyła jeszcze 30 lat. Ze zdrowiem jest aż tak źle?

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej