Żegnał świat porzucającą tenis Agnieszkę Radwańską, która wzruszała bajecznym stylem gry, i witał wracającego do Formuły 1 Roberta Kubicę, który wzrusza opowieścią o kierowcy tak genialnym jak nadludzko zdeterminowanym, drwiącym z prześladujących go sił natury.

Kto wsłuchiwał się w hołdy składane tenisistce, musiał stracić przekonanie, że to przede wszystkim wynik idzie w świat, że najważniejsze to wygrać, a o stylu – jakiż kretyński komunał! – jutro nikt nie będzie pamiętał. Opłakiwali ją giganci, od Novaka Djokovicia sławiącego Polkę jako Wielką Spryciarę, po Andy’ego Murraya, który po prostu kochał na nią patrzeć. Poetyzowali publicyści reprezentujący renomowane medialne marki, jak Ben Rothenberg z „New Jork Timesa” prognozujący, że w przyszłości najprzyjemniejszym komplementem dla utalentowanej juniorki będzie obwołanie jej „nową Radwańską”. Nikt nie peroruje, że Polka powinna była wygrać więcej, wszyscy dziękują, że zwiewnym artyzmem próbowała odpowiadać na brutalną siłę – tańczyła na korcie, ignorując bieg historii, który promuje posturę sztangistki.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej