Kobayashich w Japonii tylu co u nas Nowaków, jak się w końcu i na skoczni trafili, to od razu dwóch; starszy postraszył rywali w zeszłym sezonie, młodszy wziął się do straszenia od początku bieżącego.

Mnie się to nawet podoba, że akurat Japończycy rosną w siłę, od dawna psuli krew głównie sobie, nie przeciwnikom, ileż można się zachwycać długowiecznością Noriakiego Kasai, niechże w końcu doczeka się godnych następców. No i zawsze, kiedy słyszę „Kobayashi”, przypominają mi się filmy Masakiego, z których przynajmniej dwa mam w absolutnym topie wszech czasów kina azjatyckiego, a „Bunt” za arcydzieło na podium wszech kategorii. Taki kinomaniacki odruch Pawłowa – Ryoyu lub Junshiro zasiadają na belce, a ja widzę, jak Toshiro Mifune sam przeciw wszystkim macha kataną i odruchowo zaciskam kciuki. I w ogóle jest klawo, kiedy nacje alpejskie przegrywają zimą – to podobna schadenfreude do tej, którą czuję, gdy Anglicy dostają manto na boisku. Już mi obmierzły te stada cudownych dzieci z tyrolskich i bawarskich wiosek, co to mają z okien widok na reklamę Milki, pierwsze treningi odbywają, skacząc z dachu zaśnieżonej chałupy, a zanim się nauczą chodzić, już lądują z telemarkiem. Tymczasem w pierwszych trzech konkursach (wliczając nieoficjalne wyniki indywidualne zespołowej inauguracji wiślańskiej) żaden Alpejczyk nie stanął na podium. Górą Ural, Tatry i pasma z wyspy Honsiu! Jedyny Niemiec, który się wbił między najlepszych, Stephan Leyhe, też nie z Alp, tylko z Hesji, spod Willingen, gdzie trudno nawet nazwać górami pasmo Rothaargebirge, skoro najwyższe szczyty sięgają niżej niż Krupówki. Najbardziej piekący policzek góralom alpejskim wymierzył przed czterema laty Austriak Thomas Diethart, pochodzący z dolnoaustriackich nizin (ale nie społecznych), który zamiast na góry, w dzieciństwie przez okna spoglądał na piękny, modry Dunaj, ale kiedyś tam postanowił zostać skoczkiem narciarskim. Wygrał Turniej Czterech Skoczni i zdobył z drużyną srebro na olimpiadzie, a potem poobijał się tak pechowo, że powiedział „dość”. Jak na przypadek dzieciaka, o którym nie sposób powiedzieć, że był skazany na skoki, to wyczyn bez precedensu – to tak jakbyśmy doczekali tryumfatora TCS wychowanego, dajmy na to, w Mrągowie.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej