Niektórzy ludzie blisko związani z kadrą jeszcze na zgrupowaniu w Sopocie sugerowali, że piłkarze wciąż nie oprzytomnieli po mundialowym szoku. A przecież od tamtego nokautu przyjmowali kolejne ciosy – gdyby nie degrengolada Niemiec, musielibyśmy ich obwołać ofiarami najboleśniejszego upadku roku w całej Europie. To już nie byłaby zwykła chandra, lecz zespół stresu pourazowego. Tyle że we wtorkowym meczu Polacy nie wyglądali na psychicznie przetrąconych – zagrali aktywnie, z werwą, zaskakująco śmiało.

Ciągnie się zbieranie przez nich łomotu lub niewygrywanie już nie przez sześć, lecz przez dziewięć meczów – wszak tzw. honorową wygraną z Japonią na MŚ mało kto potraktował jak sukces, wywołała raczej zażenowanie osławionym „niskim pressingiem” z ostatnich minut, gdy obie strony symulowały grę. Znów przekonaliśmy się, jak krucha bywa reputacja w futbolu. Ze stabilnej drużyny, której bukmacherzy serio prognozują ćwierćfinał mundialu, Polacy w mgnieniu oka skarleli do zbieraniny, którą wykopują z elity Ligi Narodów. Bez chwili wahania, już na kolejkę przed końcem. Bo momentami wyglądali tam nasi jak Dyzma, który podniósł z ulicy zaproszenie na raut w Hotelu Europejskim.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej