Tym razem Liga Mistrzów nie zakończy się turniejem finałowym. Dotąd już po fazie grupowej wybierano organizatora Final Four, który czekał, aż faza pucharowa wyłoni mu trzech przeciwników. Reguły się zmieniły: 20 drużyn zostało podzielonych na pięć grup, do dalszych gier awansują zwycięzcy i trzy zespoły z drugich miejsc z najlepszym bilansem. Prawa telewizyjne wykupił Canal+, który także w Polsce będzie transmitował mecze.

Większość klubów wciąż dopłaca do udziału w najbardziej prestiżowym z pucharów. Zarabiają tylko najlepsi, i to nie zawsze. Dopiero w ubiegłym roku zwycięzca – Zenit Kazań – dostał 300 tys. euro, a czwarta Zaksa Kędzierzyn-Koźle wzbogaciła się aż o 100 tys. – O większych nagrodach dowiedzieliśmy się dopiero przed wylotem na turniej finałowy do Kazania – wspomina Sebastian Świderski, prezes Zaksy. Bo europejska federacja informuje o bonusach pod koniec rozgrywek, więc i teraz nie wiadomo, jakie są stawki. Dzięki nieoczekiwanej premii klub z Kędzierzyna-Koźla finansowo zakończył poprzednią edycję na plusie, co jest ewenementem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej