Robert Lewandowski, polski snajper wszech czasów, stał metr od bramki. Pustej bramki. A jednak piłka – dośrodkowywana przez Przemysława Frankowskiego – przeleciała mu między nogami. Rozgrywał 102. mecz w reprezentacji, taki kiks mu się jeszcze nie zdarzył. Niesłychana, a zarazem idealna kulminacja jesieni, podczas której Polacy więdną z meczu na mecz. Nie wygrali pięciu z rzędu. Najczarniejsza passa od 2012 r.

Skończyć się ten wieczór mógł różnie: golem dla gospodarzy, być może przypadkowym, golem dla gości, prawdopodobnie poprzedzonym ładną wymianą podań, albo klasycznym jesiennym sparingiem bez bramek, po którym kibic zaczyna dziękować UEFA, że ten gatunek – mecz towarzyski – powoli likwiduje. To wszystko wydawało się jednak drugorzędne. Najgorsze, że Czesi górowali nad Polakami kulturą gry.

Na otwierającej zgrupowanie w Trójmieście konferencji prasowej Lewandowski poniekąd przyznał, że nasza reprezentacji do Dywizji A, z której właśnie spadła, zwyczajnie nie pasuje. Ale też zasugerował, że wkrótce do elity wróci.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej