Siedem plus dziewięć – tak wygląda pucharowy bilans trzykrotnego mistrza olimpijskiego od chwili, gdy zaczął pracę ze Stefanem Horngacherem. 16 wygranych konkursów to więcej niż połowa całego dorobku Stocha w czasie 15 lat startów w Pucharze Świata. Poprzedni sezon był rekordowy, zakończony zdobyciem drugiej Kryształowej Kuli. Cztery triumfy w prestiżowym Turnieju Czterech Skoczni, jeden w Lahti, dwa podczas morderczego Raw Air i dwa na ulubionym mamucie Letalnica.

Kiedy przed igrzyskami w Pjongczangu Eurosport kręcił film o Stochu, skoczek z Zębu stanął na progu słoweńskiego giganta, przekonując, że aby tutaj wygrywać, trzeba mieć mnóstwo pewności siebie. – Wcale nie czuję się zaraz taki najlepszy – powiedział 25 marca w Planicy po ostatnim skoku sezonu. – Fakty wskazują na to jednoznacznie – odpowiedział mu jeden z dziennikarzy.

Ostatni sezon był sportową przygodą życia. Złoty medal igrzysk w Pjongczangu smakował Stochowi inaczej niż te sprzed czterech lat z Soczi. W Rosji wywalczył je łatwiej, konkurencja była słabsza. W Korei na dużej skoczni otarł się o idealne skoki, a i tak drżał o wynik do końca. Sięgnął po złoto, zbliżając się do 31. roku życia, co nie udało się wcześniej nikomu. Jako trzeci skoczek w historii obronił tytuł sprzed czterech lat. Dodając do tego pierwsze od czasów Piotra Fijasa polskie medale na MŚ w lotach (indywidualny i w drużynie) oraz pierwszy drużynowy igrzysk, mamy obraz sezonu doskonałego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej