Nie potrafię sobie przypomnieć, przez ile lat Polska była czarną dziurą na tenisowej mapie. Nic nieznaczącą, choć bolącą raną w jednej z najbardziej globalnych dyscyplin. W pamięci została mi wykładzina na kortach Mery, gdzie rozgrywano mistrzostwa kraju. Zapyziałe, zapomniane, niemal bez kibiców. A gdy pewnego dnia jednemu z działaczy PZT wyrwało się, że tenis to w Polsce sport narodowy, z goryczą pokładaliśmy się ze śmiechu.

Czasy były ciężkie dla naszego sportu, a tenis istniał jak grupa rekonstrukcyjna po Fibaku. O Jadwidze Jędrzejowskiej, która w 1937 roku dotarła do finału Wimbledonu, słuchaliśmy jak legend z czasów Mieszka I. To było coś bez porównania bardziej abstrakcyjnego niż dla dzisiejszych dzieciaków dokonania piłkarskich Orłów Górskiego.

Aż w 1995 roku, po ośmiu latach spędzonych w Niemczech, pewien nieznany trener tenisa Robert Radwański, ojciec Agnieszki i Uli, postanowił wrócić do Polski. Agnieszka miała wtedy sześć lat i już w Niemczech wygrała swój pierwszy turniej. Dekadę później została zawodową tenisistką. Zdzisław Ambroziak, były siatkarz, a potem dziennikarz sportowy bez pamięci zakochany w tenisie, już wtedy nie żył.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej