Przed dwoma tygodniami w Bazylei Federer wzniósł swoje trofeum numer 99. Był wzruszony, bo wychowywał się w okolicy, a jako nastolatek przez dwa lata był na tym turnieju chłopcem od podawania piłek. – Od wielu lat nie mam pewności, czy kolejny zdobyty tytuł nie będzie moim ostatnim. Świętując, nie myślę o tym, choć może powinienem – mówił 37-letni Szwajcar.

Poprzedni sezon był jednym z najlepszych w jego karierze. Triumfalnie powrócił po kontuzji, nie znajdując pogromcy w Australian Open, Wimbledonie i pięciu innych turniejach. Pojawiły się dyskusje, czy Federer nie gra przypadkiem najlepiej w karierze, choć wcześniej wielu doradzało mu jej zakończenie. Ten rok jest dla niego trudniejszy. Choć obronił tytuł w Melbourne, to w kolejnych miesiącach przestał być nietykalny. W ćwierćfinale Wimbledonu prowadził 2-0 w setach, ale pozwolił Kevinowi Andersonowi odwrócić losy meczu. W US Open sensacyjnie przegrał z Johnem Millmanem, przeciętnym Australijczykiem. Zaskakujących porażek było więcej. Jakby Szwajcarowi kończyły się zapasy tajemnego eliksiru pozwalającego mu oszukiwać metrykę.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej