Ten sport nigdy nie będzie miał Usaina Bolta seryjnie zbierającego medale. Wyobraźmy sobie, że na lekkoatletycznej bieżni sprinterzy biegną nie po prostej, ale po ostrych wirażach, do tego rywalizują ramię w ramię, zamiast poruszać się po swoich torach. A bieżnia jest śliska i upadki zdarzają się raz na 2-3 biegi. Witajcie w świecie short tracku.

Jako sport został uznany w latach 60., na igrzyskach debiutował dopiero w 1992 r. w Albertville. Od łyżwiarstwa szybkiego short track odróżnia przede wszystkim długość toru. Zamiast 400 m jest to 112,5 m. Trenować można na każdym lodowisku do hokeja. Wystarczy obłożyć bandy materacami. – Muszą być specjalne, bardzo grube. Zawodnicy jadą często z prędkością 40 km na godz., na wirażach działa na nich potężna siła odśrodkowa. W tej sytuacji każde uderzenie w bandę, nawet osłoniętą, jest ryzykowne – mówi „Wyborczej” Janusz Bielawski, prezes Juvenii Białystok. Na przełomie lat 80. i 90. zaczął w Białymstoku budować polski short track od zera. Obecnie w dwóch szkołach podstawowych trenują całe klasy, a najlepsi uczniowie mogą kontynuować naukę w szkole mistrzostwa sportowego składającej się z gimnazjum i liceum.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej