Czarna seria ciągnie się już od 15 meczów – żaden uczestnik Ligi Mistrzów nie czeka na wygraną dłużej. A im więcej spada na Monaco nieszczęść, tym szybciej przybywa kolejnych. Także pozaboiskowych.

Nad Kamilem Glikiem nie ma co się specjalnie znęcać, on tylko wkomponowuje się w przygnębiający krajobraz. FC Brugge –  skazywane na ostatnie miejsce w grupie – wydawało się idealnym rywalem na przełamanie, ale gospodarze już w inauguracyjnym kwadransie przyjęli dwa gole. Zachowywali się, jakby chcieli utrzymać aktualność słów trenera Thierry’ego Henry’ego, który po sobotniej porażce z beniaminkiem ligi francuskiej Stade de Reims mówił, że jego piłkarze „nieświadomie odmawiają gry”. Że problem „leży nie w taktyce, lecz braku chęci do zrobienia czegokolwiek”.

On miał drużynę podnieść z dna. Objął ją przed trzema tygodniami jako wybitny niegdyś napastnik, który jednak jest trenerskim żółtodziobem – samodzielnie nie rządził nigdzie, wprawiał się tylko jako asystent selekcjonera reprezentacji Belgii (wzięła złoto na mundialu). Podjął się misji ekstremalnie trudnej i dzisiaj wysłuchuje okrutnych drwin, ponieważ kibice pamiętają go z roli surowego telewizyjnego eksperta, który nie waha się brutalnie recenzować renomowanych szkoleniowców. A swoim nazwiskiem podpisał na razie trzy porażki i dwa remisy Monaco, ściągając je z sytuacji bardzo złej do fatalnej. W lidze francuskiej drużyna dzieli ostatnie miejsce z Guingamp, w Lidze Mistrzów też właśnie osunęła się na dno tabeli – i jeśli nie awansuje na trzecie miejsce, nie zasłuży nawet na przeniesienie do Ligi Europy. Całkiem odpadnie z rozgrywek pucharowych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej